RECENZJE
KOROWÓD W PRZEMIJANIU.CZAS
MEDIA
https://edisanonimaart.pl/2024/05/11/premiera-nowego-korowodu-juz-w-maju/
https://wszczecinie.pl/ta-sztuka-pozwoli-spojrzec-na-czas-z-innej-perspektywy/47984
https://wszczecinie.pl/wydarzenie/korowod-w-przemijaniu-czas/39574?data=2024-05-24%2018:00
https://www.pfron.org.pl/komunikaty-z-regionu/szczegoly-komunikatu/news/spektakl-korowod-w-przemijaniu-czas-teatru-ruchu-umownie-ewidentnego-true/
KOMENTARZ DR ANNA LINKA
PARĘ SŁÓW O PONADCZASOWYM
„KOROWODZIE W PRZEMIJANIU. CZAS”
Refleksja wprowadzająca
Choć „Carpe diem” i „Memento mori” są w istocie dwiema stronami tego samego medalu — lęku przed przemijaniem — świat, w którym żyjemy, zdaje się faworyzować tylko jedną z nich: wezwanie do cieszenia się chwilą. Uczy nas patrzeć na upływ czasu przez pryzmat osiągnięć i rozwoju, a nie pożegnań i strat, jakie ze sobą niesie.
Jednak im więcej uderzeń zegara było nam dane usłyszeć, tym wyraźniej dochodzi do nas prawda, że istotą czasu jest przemijalność, a wraz z nią zmiany pociągające za sobą nieodwracalne straty. A może to nie czas mija, lecz rozpadają się komórki naszych ciał i dzieła naszych rąk, które nicość obraca w pył?
Przed takimi pytaniami stawia widza spektakl „Korowód w przemijaniu. Czas” Teatru Ruchu Umownie Ewidentnego w reżyserii Jerzego N. Grzegorka.
Początek: zło, czas i nicość
Przedstawienie rozpoczyna się od słów św. Augustyna, według których przemijalność jest skutkiem obecności zła w świecie. Zło bierze się z faktu, że wszystko — poza Bogiem — zostało stworzone z nicości. Stwórca jest dobry i dopuszcza zło jedynie po to, by mogło narodzić się jeszcze większe dobro.
W tym momencie słyszymy kolejne numery: 5604003, 5604004. Artysta graweruje je na szarej, wypełnionej innymi liczbami płycie kamienia. Ten gest przywołuje skojarzenia z banalnością zła, numerami obozowymi i machiną śmierci.
Pojawia się pytanie:
jeśli Stwórca jest dobry — jak mógł dopuścić do powstania takiego przemysłu zła?
Czy istnieje dobro zdolne zrównoważyć taką ofiarę?
Estetyka i symbole przemijania
W spektaklu dominuje biel na czarnym tle, uzupełniona dyskretnymi czerwonymi akcentami. Obecne są łańcuchy i mechaniczne rekwizyty przywołujące skojarzenia z fabryką czasu, machiną przemijania, a nawet rzeźnią.
Widz stopniowo uświadamia sobie, że wszyscy jesteśmy jak baranki prowadzone przez czas ku nieuchronności końca.
Czym właściwie jest czas?
Aktorzy idą jednak dalej i pytają, czy czas w ogóle istnieje. Może jest jedynie wytworem naszej nietrwałej świadomości, która projektuje własną przemijalność na rzeczywistość i próbuje ją oswoić, mierząc upływ chwil.
Motyw fotografii przewija się przez całe przedstawienie. Zapalana i gaszona lampa wyznacza rytm dnia i nocy. Aktorzy stają się ciałami niebieskimi, których ruchy wyznaczają lata, miesiące, dni i godziny.
Dźwięk kołatki — dawnego instrumentu procesyjnego — niesie komunikat:
„Na każdego przyjdzie jego pora.”
Proch, ciało i niedoskonałość
Widzowie zostają wciągnięci w rytuał sypania białego proszku na głośniki, z których wydobywa się puls czasu. Drgająca posypka przypomina atomy naszych ciał — cząstki drżące między życiem a lękiem przed przemijaniem.
Ten sam proszek służy pielęgnacji niemowląt i osób obłożnie chorych, co subtelnie przypomina o nieuchronnej utracie sprawności. Z czasem każdy z nas stanie się osobą z jakąś formą niepełnosprawności.
Jednak nie jest to spektakl o niepełnosprawności.
To spektakl o każdym z nas.
Przełom wobec wcześniejszych „Korowodów”
W przeciwieństwie do wcześniejszych spektakli:
-
„Korowód w bluesie. Mandala” — wołanie o wolność
-
„Korowód w tęsknocie. Opór” — sprzeciw wobec wojny
tu po raz pierwszy pojawia się pogodzenie się z rzeczywistością.
Nie walka, lecz akceptacja przemijania, cierpienia i straty.
Nie możemy opierać się czasowi. Jest nieuchronny.
Nadzieja poza czasem
Mimo ciężaru tematów spektakl nie pozostawia widza w rozpaczy. Jego kolorem nie jest żałobna czerń, lecz biel — podłogi, kurtyny, strojów.
To biel oczyszczenia i nadziei. Ostatni rozdział nosi tytuł:
„Inaczej poznaje Bóg, a inaczej stworzenia.”
Tylko Stwórca, stojący poza czasem, zna pełnię odpowiedzi. Przywołane zostają słowa św. Pawła o poznaniu „jakby w zwierciadle”.
Miłość — ta, która „nigdy nie ustaje” — okazuje się jedyną rzeczywistością wykraczającą poza czas.
Kontekst i podsumowanie
W spektaklu można odnaleźć inspiracje:
-
malarstwem konceptualnym Romana Opałki
-
filozofią czasu św. Augustyna
Postać Krzysztofa Majorka łączy funkcję twórcy i tworzywa — staje się „Poruszycielem Maszyn Czasu”. Elektroniczna muzyka Jeana Michela Jarre’a podkreśla kosmiczny i mechaniczny charakter przedstawienia.
„Korowód w przemijaniu. Czas” nie jest tylko spektaklem.
To doświadczenie transformujące — chwilowe przejście przez śluzę czasu, w której spotykają się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.
A skoro dotarliśmy do spraw ostatecznych, trudno nie zapytać:
dokąd poprowadzi nas kolejny korowód?
Recenzja AdrainnA Rauhut
https://edisanonimaart.pl/2024/06/09/czas-na-refleksje-o-czasie/
https://pe.szczecin.pl/chapter_201347.asp
KOROWÓD W BLUESIE. MANDALA
Komentarz Witolda Jurewicza po premierze:
„Po przedstawieniu były owacje na stojąco, a wśród widzów znalazł się choreograf Witold Jurewicz. – Dawno nie widziałem spektaklu, który jest kompletnie nie do oceny. Pierwszy raz zdarzyło mi się teraz zobaczyć „na żywo” tak mądre przedstawienie. Chylę czoła i mogę wszystkich uściskać w stopy. Jestem przeszczęśliwy, że jechałem 500 km. To jest coś cudownego i warto było przyjechać. Odjadę z pięknym wzruszeniem – powiedział Jurewicz”.
Źródło: Radio Szczecin
„Teatr Ruchu Umownie Ewidentnego” – reportaż Małgorzaty Furgi
KOMENTARZ DR ANNA LINKA
dr Anna Linka
„Wyzwolenie, emancypacja, wolność, równość, podmiotowość! A to wszystko przetransformowane w tańcu w rytm bluesa – muzyki za pomocą, której czarnoskórzy niewolnicy i ich potomkowie próbowali odzyskać swoją podmiotowość, wyemancypować się, wyrazić tęsknotę za wolnością i równością (nie przypadkowo blues stał się popularny na całym świecie – potrzeby te są uniwersalne). Idea emancypacji i równości została podczas tego przedstawienia wcielona w życie na oczach widzów. Bo choć z jednej strony niepełnosprawność została tu uznana to jednocześnie nie była ona treścią tego przedstawienia. To nie jest przedstawienie o niepełnosprawności, ale o nas wszystkich. Żeby posuwać się do przodu w korowodzie życia wszyscy musimy dokonywać różnych transgresji, podejmować próby wyemancypowania się, wyzwolenia się z ograniczeń wewnętrznych i zewnętrznych, zbudowania swojej podmiotowości. Ale niepełnosprawność nie jest ukazana w tym przedstawieniu jako ograniczenie! W opisie przedstawienia możemy przeczytać, że poszczególne rodzaje niepełnosprawności dynamizują taniec artystów. Ale przecież każdy z nas porusza się inaczej, taniec każdego z nas dynamizują różne cechy, takie jak wzrost, budowa ciała, indywidualna motoryka, wyczucie rytmu…Dodam, że w tym spektaklu zobaczyłam nie tylko bunt, ale również delikatność, kruchość, zmysłowość, wrażliwość i zaufanie, tak do widzów przed, którymi tancerze je odsłaniają, jak do prowadzącego w tańcu. Ale i do siebie! Bo trzeba mieć wiele zaufania do siebie i do prowadzącego, żeby powierzyć mu kruchość swojego ciała dając mu się unosić, obracać w powietrzu i podążając za trudnymi figurami. Zobaczyłam tu spotkanie delikatności i siły, kobiecości i męskości. Ale było to też spotkanie artystów i publiczności, która momentami stawała się częścią przedstawienia. Ten spektakl to taka mandala, w której spotykają się sprzeczności. I okazuje się, że są one pozorne, bo wszyscy jesteśmy częścią jedności. Wiele też było w tym przedstawieniu odniesień mistycznych – mandala, mistrzowie walk wschodnich/mistrzowie buddyjscy ( jednym z nich był prowadzący i momentami miałam wrażenie, że zamienia się w charyzmatycznego pastora czarnego kościoła na południu USA), wirujący taniec przypominający mistyczny taniec Derwiszów i kończąca przedstawienie pieśń gospel. Momentami nasuwało mi to skojarzenia z teatrem Grotowskiego, ale teraz myślę, że było to coś zupełnie wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju – teatr Jerzego N. Grzegorka! „.
KOMENTARZ TOMASZ DOSTATNI OP
„Korowód w Bluesie – Mandala”. To było zupełnie coś innego. Teatr Ruchu Umownie Ewidentnego mnie zachwycił swoją grą niepełnosprawnych aktorów, choreografią i właśnie ruchem. Przez prawie dwie godziny byłem na musicalu rodem z Berlina, Paryża czy Broadwayu. Aktorom niezawodowym udało się wciągnąć widzów, prawie od początku, aby aktywnie klaskali i byli jakby częścią sceny. Wszystko dokonywało się spontanicznie. Korowód, jak z Nowego Orleanu, Mandala z piasku, jako scena, pokazywane też kamerą z góry kręcącą obraz, wszystko na dużym ekranie. Pojedyncze tańce, ruchy, jakże wciągające widza, a odbywa się wszystko na piaskowym kole. Blues, buddyjska choreografia, szczecińscy aktorzy Teatru Ruchu, niepełnosprawni, ale jakże sprawni. I opowieści o sensie życia, sztuki i sensie spotkania z innymi, tymi na widowni. Kończący Korowód, długie brawa, i długo trwająca zaduma. Szczecin uczy mnie także swojej historii, pozwala poznać swoich mieszkańców od Bałuki do aktorów Teatru Ruchu. Dziękuję.
Tomasz Dostatni OP



